level 00
- Nie przejmuj się… to tylko gra…
level L90/XX-PR – 01
Pomieszczenie było zupełnie puste, nie licząc dwóch zupełnie zagubionych w jego sześciennej pustce nastolatków. Ściany, podłoga i sufit – wszystko wykonane ze zbrojonego betonu, szorstkiego, pociętego pręgami nierówności. Jedyne okno, przez które do pogrążonego w szarości wnętrza wpadały nieliczne promienie słoneczne znajdowało się w jakimś idiotycznym miejscu tuż pod sufitem, na bardzo dużej wysokości. Jednak sam sufit znajdował się zupełnie nisko, tak, że Fidelis mógł bez problemu go dotknąć. Przemógł strach i przeszedł na ukos cały czas wodząc dłonią po bruzdach stropu. Zawieszony był na tej samej wysokości. Absurdalne okno wciąż znajdowało się na niebotycznie wysoko, dostępu doń bronił twardy beton.
- Błąd w kodzie… - Powiedziała jakaś kobieta, która przysiadła na stercie skrzyń, w kącie. Jeszcze przed chwilą ich tam nie było. Horacjusz przełknął ślinę. To wszystko coraz mniej przypominało czyjś głupi żart. – Ale nie przejmujcie się… przecież w końcu to tylko gra – wzruszyła ramionami.
- O-o co w tym wszystkim chodzi?! – Wydusił z siebie Fidelis.
- Och, to nic skomplikowanego – uśmiechnęła się słodziutko. – To po prostu tylko gra… naprawdę nie macie się czym przejmować!
- Ale…! Jaka gra?! Co niby mamy robić?!
- Macie grać. – Drugi głos był niski i złowrogi. Dobiegał zza ich pleców. Horacjusz zerknął przez ramię i po raz kolejny przełknął ślinę.
Mężczyzna miał ze dwa metry wzrostu, ubrany był całkowicie na czarno. Czarne były również jego włosy i oczy niczym dwie bezdenne studnie. Horacjusz poczuł, że zaraz go wciągną.
- Jakto „grać”?! – Fidelis wciąż patrzył na chichotkę przykucającą na stercie skrzyń.
Wszyscy czworo wyglądali niesamowicie w tym pustym pomieszczeniu, tak dogłębnie statyczni w półmroku miejscami przecinanym ostrzami słonecznego światła.
- Grać… po prostu… w końcu to tylko gra… - Zeskoczyła z pudeł, które zniknęły. Po prostu. Podeszła do dobre trzydzieści centymetrów wyższego od siebie towarzysza i razem skierowali się ku blaszanym drzwiom.
- He-ej, chwila, kim wy w ogóle jesteście?!
- My?…
- …Jesteśmy aniołami…
- …tylko któregoś dnia…
- …jedno z nas…
- …stoczyło się…
- …na samo dno.
Byli już przy samych drzwiach, gdy wysoki odwrócił się i szczerząc spiłowane w trójkąty zęby oznajmił ni z tego ni z owego:
- A poza tym, to lubię dżem.
level PS-HELL 01
Wnętrze było bardzo wystawnie urządzone. Nazywano je „Salonem kominkowym” lub „Lustrzanym”. Ciemnobrązowa drewniana boazeria pokrywała wszystkie ściany za wyjątkiem jednej. Lustrzanej.
PAN bardzo lubił to miejsce. Ciemny brąz ścian doskonale współgrał z kolorem jego włosów i zarostu. Prosta elegancja wnętrza doskonale podkreślała jego osobowość. Poza tym… „Salon lustrzany” upodobała sobie PANI, której nigdy nie widziano poza nim.
PAN był wysoki, postawny, śniady. Miał twarz o mocnych, nawet nieco drapieżnych rysach. W całej jego postawie wyczuwało się siłę i godność. Wyglądał na dwadzieścia osiem - trzydzieści lat. PANI natomiast była jego całkowitym przeciwieństwem. Nie tyle niska, co bardzo drobna i delikatna, wydawała się przy PANU niezwykle kruchutka. Była Azjatką, Japonką sprzed kilku wieków. Zawsze, kiedy służba wchodziła do pokoju ona siedziała na tym samym miejscu, w tej samej pozie, czasami jedynie spoglądała na służącego.
Jej twarz była smutna, a PAN chciał, żeby była wesoła. Dlatego też organizował dla niej różne rozrywki. Teraz właśnie opowiadał o najnowszej z nich. Krążył po pokoju stawiając długie kroki.
- Widzisz teraz, kochanie, jaką piękną urządziłem dla ciebie grę? Pobije ona wszystkie poprzednie i na długo zapadnie w twojej pamięci!
- Oczywiście – PANI spuściła wzrok. Wiedziała, że PAN się stara. Ale ona mogła być szczęśliwa tylko w jednym miejscu. Jedynym, do którego nigdy nie pozwoli jej pójść. W tęsknocie za tamtą krainą w pięknych, skośnych oczach PANI często pojawiały się łzy, choć nigdy w obecności PANA.
PAN skończył już swoją tyradę, teraz zerknął nerwowo na zegarek. Chciałby jeszcze chwilę pobyć z PANIĄ, ale obowiązki go wzywały. Pożegnał się z nią i wyszedł.
Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi za plecami PANI pojawił się mężczyzna wyglądający zupełnie jak PAN. Wyszedł z Lustra, na którym wygrawerowano wielką zegarową tarczę. Nie należał do tego świata. Tak jak PANI był własnością ŚWIATA PO DRUGIEJ STRONIE TARCZY ZEGARA..
Oparł się o taflę i bolesnym wzrokiem wpatrywał się w plecy PANI. Ledwo otwierając usta wyszeptał kilka słów.
- Mówiłeś coś? – Zapytała PANI delikatnie przekrzywiając głowę. Teraz stojący mógł zauważyć fragment jej twarzy, jak zwykle nieruchomej.
- Nie… Nic…
- To dobrze… On zabiłby cię, gdyby się dowiedział, że nie tylko tu przyszedłeś, ale i rozmawiałeś ze mną.
Beznamiętność jej głosu bolała TRZECIEGO. Przygryzł dolną wargę i postanowił działać. Gwałtownie oderwał się od tafli, choć było to dlań bardzo nieprzyjemne i podszedł do PANI. Uklęknął tuż za jej krzesłem i objął ramionami:
- PANI, błagam, zrobię wszystko, byś wróciła na DRUGĄ STRONĘ TARCZY ZEGARA, tylko daj mi pozwolenie…!
Nie drgnęła. Jedyny ruch, który zaburzył jej stateczność, to płynne przeniesienie spojrzenia z pustej ściany na TRZECIEGO. W jego oczach nie zobaczyła nic poza miłością i bólem.
Mężczyzna spuścił wzrok. Kiedyś PANI patrzyła na niego, tak jak on na nią. Teraz… miał wrażenie, jakby wobec niego nie czuła już nic. Do czasu, powtarzał w myśli. Kiedy wrócą na drugą stronę… wtedy wszystko będzie tak jak dawniej.
level L90/XX-PR – 02
Fidelis i Horacjusz opuścili ponury bunkier. Znajdowali się gdzieś na skraju dużego miasta. Wokół rozciągały się porośnięte polnymi kwiatami łąki. Przed nimi widać było fragmenty innych betonowych budowli i przęsła nieukończonego mostu. Z bardzo, bardzo daleka dochodził ich delikatny poszum ruchu ulicznego. Ale same łąki były bardzo ciche. Fidelis niemal słyszał, jak jego towarzysz przełyka ślinę.
- Co teraz Fid? – Zapytał niższy z młodzieńców poprawiając okulary.
W tym tandemie to on, Horacjusz był od myślenia, ale to domeną Fidelisa było działanie. To on układał plany i realizował je. Horacjusz tylko dbał, by były one błyskotliwe i morderczo logiczne.
- A skąd mam wiedzieć? Albo ktoś robi sobie z nas jaja, albo mamy cholerne kłopoty z psychiką. Moim zdaniem powinniśmy się dowiedzieć, gdzie w ogóle jesteśmy. Dojdziemy do miasta i zapytamy kogoś.
- Lepiej nie pytać – wzbudzimy podejrzenia. Po prostu postaramy się dowiedzieć.
level L20/XX-PN – 01
Barman po raz tysięczny przetarł wykonany z ciemnego drewna kontuar. Światło umieszczonych nad nim lamp rozszczepiało się przenikając przez idealnie wypolerowane kieliszki. Niemalże lustrzana powierzchnia blatu błyszczała tak, że nawet późno wieczorem, kiedy powietrze zamieniało się w mgłę papierosowego dymu doskonale było ją widać. Na razie w klubie spokojnie mógłby oddychać nawet astmatyk, w końcu było jeszcze wcześnie. Davey-Harleyson mieścił się w piwnicy więc przez przepuszczające niewiele światła umieszczone pod sufitem okna widział tylko buty przechodniów. Były różne, najczęściej zgrabne damskie trzewiki i błyszczące męskie półbuty. Adidasów nie dało się uświadczyć, nie w latach dwudziestych jakkolwiek nierealnych i dopuszczających sporo odstępstw od konwencji.
We wczesnych godzinach otwarcia, kiedy w klubie nie było praktycznie żadnych gości barman nie miał nic innego do roboty, jak polerować bar i kieliszki. No i gapić się na buty. Po jakimś czasie zaczął rozpoznawać poszczególne pary. Ot chociażby te rozchodzone, czerwone kozaczki. Ich właścicielka od jakiegoś miesiąca regularnie przechodziła szybkim zdecydowanym krokiem obok Davey-Harleyson kierując się ku ścisłemu centrum miasta. Pojawiała się zawsze pomiędzy dwudziestą a dwudziestą dwadzieścia. Postanowił, że któregoś dnia się z nią zapozna. Nie, żeby stało się to jakąś jego obsesją, po prostu planem na przyszłość, w którym głównej roli nie grał wypolerowany na błysk kawał drewna.
Zerknął raz jeszcze na swoje stanowisko pracy. Z tyłu butelki stały w idealnie równych rzędach. Nad głową kieliszki w równych rzędach błyszczały olśniewająco. Drewno baru wypolerowane do zwierciadlanej gładkości, ale chwila…! Czy to przypadkiem nie jest rysa?!
W trudno dostępnym kątku tuz obok sięgającej sufitu kolumienki barman zauważył coś naprawdę strasznego. Idealną powierzchnię drewna znaczyła dość głęboka rysa. Ale skąd ona się tam wzięła?! Przysiągłby, że jeszcze wczoraj, kiedy robił obchód po zamknięciu jej tam nie było! Któż śmiałby…!
Podniósł spojrzenie na nowego. No tak, ten mógł dopuścić się takiego świętokradztwa. I na dodatek bezczelnie dostrajał sobie gitarę, tak jak gdyby nigdy nic!
Jak zauważył nieco przewrażliwiony na tle czystości barman Satchmo dostrajał gitarę. Dla kilku dość wysoko postawionych osób był DRUGIM. Ale nie zdawał sobie z tego sprawy. Wiedział, że jest smętnym, bluesmanem który tego wieczoru gra w otwartym przed jakimiś dwoma tygodniami klubie. I że jeśli będzie dobry to może dostać stały angaż. Jednak, czy naprawdę tego chciał? W końcu to tylko gra. Za bardzo się do tego wszystkiego przywiąże, a potem co? Rozpocznie się nowy semestr, trzeba będzie wrócić na uczelnię i zakuwać do egzaminów. Żeby jeszcze dało się jakoś zarobić... Ale pieniądze stąd na pewno nie zadowolą Heli z warzywniaka, u której i tak miał horrendalny dług.
Westchnął rozdzierająco, czym zirytował próbującego za wszelką cenę ukryć niedoskonałość blatu barmana. Jedynym plusem tego wszystkiego było to, że nauczył się grać na gitarze i harmonijce. Normalnie nigdy by się za to nie zabrał, a tu przyszło mu to jakoś bardzo łatwo. Może to byłby dobry sposób na zarobienie paru groszy? Przecież w lajfie też muszą istnieć bluesowe puby... Hmm... może nawet uda się złapać jakiś kontakt?
Pocieszony tą myślą DRUGI, znany tu raczej jako Satchmo, lub po prostu Satch, zabrał się do obmyślania, jak uzyskać, zamówiony na dzisiejszy wieczór „leniwie zadymiony bluesowy klimat”. Nie miał na to zbyt wiele czasu gdyż zaczęli się schodzić klienci, jak zawsze przemoczeni nieustannie padającym deszczem.
level L90/XX-PR - 03
Doszedłszy do pierwszej ulicy Fidelis i Horacjusz ze zdziwieniem zauważyli, że wygląda on jak za czasów ich wczesnego dzieciństwa. Rozglądając się na boki szli powoli w stronę centrum mijając po drodze wielu, niekiedy bardzo dziwnych ludzi. Fidelisowi wydawało się nawet, że zobaczył kogoś, wyglądającego jak Bruce Willis. Odnalazłszy pierwszy kiosk Horacjusz natychmiast zaczął sprawdzać daty wydań prasy. Nr 5/92 głosiła okładka najbardziej kolorowego magazynu.
- Oj, Fidel... Mamy problem!
- No właśnie widzę! O co w tym do cholery chodzi?!
- To zdecydowanie nie wygląda, jakby ktoś robił sobie z nas jaja. – Horacjusz przełknął nerwowo ślinę. Z natury było o wiele bardziej strachliwy od swojego towarzysza i zaczynał coraz bardziej się bać. Jeśli teraz spadłaby na nich jakaś kolejna niespodzianka niechybnie wpadłby w panikę.
level IIWS-PN – 01
Od dobrych dwóch tygodni nieustannie padał deszcz. Okopy zdążyły już w tym czasie zamienić się w bagniste zagłębienia w rozmiękczonej ziemi. Warunki były tak paskudne, że nawet do niedawna nieubłagany ostrzał artyleryjski wojsk francusko-niemieckich stał się lżejszy, a rzadkie wystrzały sprawiały wrażenie wykonywanych z musu. Teoretycznie żołnierze Wielkiej Rzeczpospolitej mogli odetchnąć z ulgą i przygotować się do natarcia na okopy wroga, których jedyną linią obrony z prawdziwego zdarzenia była właśnie owa obecnie zniechęcona artyleria. Ale nie tylko Niemcy i Francuzi stracili chęć do walki. Oddziały obydwu stron siedziały w tych okopach już z miesiąc od tego czasu żołnierze nie widzieli innej wody niż ta lejąca się z nieba.
Stalowoszary, zasnuty chmurami nieboskłon nie zachęcał do działań. Dostające się praktycznie wszędzie błoto tez raczej nie działało mobilizująco. Raczej sprawiało, że co poniektórzy zaczęli przemyśliwać o samobójstwie. Wcześniej było całkiem ciekawie. Przypominające partyzanckie pościgi za Francuzami, czy szkopami potrafiły sprawić dziką radość największemu nawet ponurakowi. No może nie każdemu… Siedzący w okopach zgodnie twierdzili, że Gbura nic by nie rozbawiło.
Może nie do końca mieli rację, ale Placyd i jego przyjaciel Narcyz przygnani tu zadaniem siedzieli w rozpływających się, błotnych umocnieniach od trzech dni i z każdym kolejnym tracili zdolność do odczuwania radości życia, o mordowaniu szwabów nie wspominając. To znaczy Placyd tracił, bo Narcyza chyba nic nie było wstanie zniechęcić. Najemnicy mieli zapoznać się z planami nowej radiostacji i zniszczyć jej prototyp, dla niepoznaki przechowywany na nieważnym odcinku słabych w teorii fortyfikacji broniących niewiadomo czego. Właśnie to idiotyczne w gruncie rzeczy położenie wzbudziło zainteresowanie szefa wywiadu Wielkiej Rzeczypospolitej Nocnegożyczenia. Nie miał on, co prawda nigdy zbyt wysokiego mniemania o Francuzach, jednak o coś tak absurdalnego jak budowa bunkrów mających bronić tylko samych siebie nawet ich nie mógł posądzić.
Odpowiednie przedstawienie sprawy jednemu z drugowojnoświatowych baroNetów sprawiło, że Nocnyżyczeń, jeden z najpotężniejszych graczy SYSTEMu, dowiedział się praktycznie wszystkiego o przeznaczeniu umocnień. Korzystając z okazji, że w pobliżu przebywali akurat cieszący się opinią solidnych najemnicy z lat dwudziestych nierzeczywistego Placyd i Narcyz wynajął ich do przejęcia francusko-niemieckiego wynalazku.
Placyd warknął czując jak strumyczek błota wlewa mu się za kołnierz płaszcza. Nasunął kapelusz głębiej na oczy i wycedził przez zęby:
- Narcyz… jeśli jeszcze raz przyjdzie ci do głowy podejmowanie się jakiś zadań na linii frontu, to cię najzwyczajniej w świecie zamorduję, zrozumiałeś?
- Oj, daruj Placebo…! Krzyho właśnie opowiada jak powstała druga wojna nierzeczywistego… Posłuchaj, to bardzo ciekawe… – Z równie szerokim uśmiechem zwrócił się do kucającego obok nich szczupłego gracza w ciemnozielonym mundurze Rzeczypospolitej. – No? Mógłbyś zacząć od początku? Placyd też chciałby posłuchać…
Wojskowy spojrzał na ponurego mężczyznę w płaszczu i kapeluszu jakby żywcem wyjętego z kryminału z lat czterdziestych. Spod nasuniętego na oczy ronda nazywany Placydem rzucał nieprzyjemne spojrzenia, a nieogolona twarz o ziemistej cerze nijak nie mogła być wzięta za sympatyczną. Facet miał po prostu wredną mordę i równie wrednie się zachowywał. W ciągu trzech dni zdążył już sobie wyrobić opinię chama i zaskarbić szczerą nienawiść dowódczyni odcinaka – Czarnej. Właściwie jedyną osobą, jaka chciała mieć z nim coś wspólnego – i ku zgrozie wszystkich uważała go za swojego najlepszego przyjaciela – był Narcyz. Młodzieniec uroczy i dla wszystkich równie uprzejmy. Wysoki i przystojny, o sympatycznej, szczerej twarzy i miłym uśmiechu był całkowitym zaprzeczeniem zamkniętego w sobie antypatycznego Placyda. W przeciągu półgodziny zdołał zyskać przyjaźń absolutnie wszystkich.
- No mów nie? Czekasz aż zakwitnę, a? – Burknął gbur.
Krzyho westchnął i zaczął opowiadać:
- Ten świat powstał z lat dwudziestych XX wieku rzeczywistych. Grupa graczy, w tym Twardaskała Alleluja, Topornyróżyc i Nocnyżyczeń przejęli władzę nad II Rzeczypospolitą. Dogadali się z miejscowymi baroNetami i zaczęli zmieniać historię – przyłączyli do Polski wszystkie ziemie, jakie należały do niej przed rozbiorami, czym jak się można domyślić wkurzyli wszystkich dookoła. Jednak ze strony Rosji i Niemiec nie mieli się czego obawiać – jakaś banda robiła w tym czasie wszystko by wysiudać bolszewików i samemu przejąć władzę nad Rosją Radziecką i za pomoc zgodzili się odstąpić ziemię Polakom, a Niemczech też były straszne rozruchy. Pozostałe kraje i narody zrozumiały, że najlepiej będzie należeć do większego państwa, które daje dość dużą swobodę, niż stać się przedmiotem handlu – chodzi głównie o Czechosłowację, ale ogólnie taki argument został przyjęty, w szczególności, że wojska dowodzone przez Twardegoróżyca zyskały już wtedy pewną potęgę…
Władzę w Niemczech przejął jakiś popieprzony nazista, przyjął potem oczywiście nazwisko Hitler, jednak zalogował się bodaj jako… Korczar?, chyba… No i ten idiota zaatakował Drugą Rzeczpospolitą Obojga Narodów…
No, a jak połączyliśmy się z Rosją, tworząc Wielką Rzeczpospolitą, to się francuziki przestraszyły, że rośniemy w siłę i stanowimy dla nich zagrożenie. Fakt, że byliśmy bliżej ich granicy niż własnej, bo goniliśmy resztki śmiesznego „hitlerowskiego” wojska, ale żadnej z agresji z naszej strony na Francję nie było… No a ci idioci nas zaatakowali „prewencyjnie” i siedzimy teraz w tej dziurze. – Krzyho wzruszył ramionami. Chciał trafić na rzeczywistą drugą wojnę, ale trafiła mu się okazja darmowego przejścia do nierzeczywistej i tak tu trafił. Nawet się cieszył, bo skopanie szwabów po stronie własnej ojczyzny rozciągającej się od Łaby po Kamczatkę było naprawdę kuszącą wizją.
level L90/XX-PR - 04
- No! Nareszcie was znalazłem! Cholera, wy już nie macie się gdzie włóczyć?! – Do Fidelisa i Horacjusza podbiegł jakiś chłopak. Wyglądał na piętnastolatka, miał krótkie włosy i zwyczajną twarz, z tych, które nigdy nie zostają w pamięci. Jedyne, czym się wyróżniał z tłumu to intensywnie fioletowa kurtka z pomarańczowymi rękawami i kołnierzem. Dysząc ciężko i sarkając na rzekomą niesubordynację Fidela i Horhe wręczył im jakąś kopertę i pobiegł dalej.
Horacjusz spojrzał na nią niepewnie. Na białym papierze ktoś starannie wykaligrafował: „Narcyz i Placyd, Najemnicy z L20/XX-PN”. Fidelis nie zwróciwszy na to uwagi zaczął rozrywać biały papier.
Tymczasem doręczyciel zaczął się zastanawiać, czy dwaj młodzieńcy, którym wręczył list od WŁÓCZYKIJA na pewno byli Narcyzem i Placydem. Wprawdzie jeden z nich wyglądał dość sympatycznie, ale drugiego nijak nie można było wziąć za „gbura, co to nie mówi tylko burczy, ma kapelusz nasunięty na oczy i wszystko wokół niego wydaje się czarno białe”, prędzej za intelektualistę. Jednak z drugiej strony… to, co miał dostarczyć do F/DL było o wiele pilniejsze, bo WŁÓCZYKIJ i tak znajdzie Narcyza i Placyda, jeśli coś będzie od nich chciał.
loading…
Spod na wpół opuszczonych powiek obserwował ulicę. To była wewnętrzna osiedlowa droga, którą przejeżdżały ze trzy samochody na dzień, a od czasu do czasu przechodziły nią emerytki spieszące na pogaduchy do koleżanek. Szły wolno, często parami rozmawiając o chorobach i polityce. Było też trochę młodzieży, głównie spalone na solarium nastolatki o pomarańczowej skórze i białych włosach wciśnięte w trzy numery za małe różowe wdzianka. Sąsiad wyszedł na spacer z pieskiem swojej żony. Piesek był roztrzęsionym ratlerkiem, którego sąsiad nie znosił niemal tak jak Placyda. Wychodził z nim na spacer tylko dlatego, że mógł wtedy spokojnie zapalić.
Placyd miał spory dom, z którego praktycznie wcale nie korzystał – większość czasu spędzał w SYSTEMie. Tylko tu nocował i od czasu do czasu coś zjadł, choć zazwyczaj stołował się u Narcyza. Nie, żeby Placydowi specjalnie na tym zależało, ale po prostu przyjaciel nalegał, żeby spędzali razem jak najwięcej czasu. A że w domu Placyda panował nieznośny dla uporządkowanego Narcyza bałagan wszystkie ich spotkania w lajfie przenosiły się do niego.
Tym razem jednak Placyd siedział u siebie. Wyglądał niemal dokładnie tak, jak w SYSTEMie – ta sama ziemista cera i antypatyczny wyraz niezbyt urodziwej twarzy. Jedyną różnicą był ubiór – w rzeczywistości Placyd nie dbał tak o swój image. To, co nosił na sobie było zawsze wymięte, poplamione, powyciągane i niedopasowane do siebie nawzajem. Pasiaste garnitury, wymięte prochowce i kapelusze budowały wokół postaci swoisty klimat, który w SYSTEMie był niemal namacalny i wzbudzał szacunek. Poza grą zdobycie takich ubrań byłoby trudne, więc Placyd zadowalał się tym, co znalazł w szafie, ewentualnie pierwszym lepszym sklepie. Przecież i tak prawie nie wychodził z domu, a jego jedynym znajomym był Narcyz, któremu absolutnie nic w przyjacielu nie przeszkadzało.
Placyd westchnął ciężko. To, że tamte dwie idiotki piją napój energetyzujący jakiejś mocno podejrzanej firmy było jego zasługą – to on wymyślił strategię promocji, którą potem Narcyz udoskonalił i jako bardziej reprezentacyjny sprzedał. Zyskami dzielili się po połowie, chociaż to on odwalał większość roboty, a jego przystojny przyjaciel po prostu oczarowywał klientów. Ale Placydowi to nie przeszkadzało. Chciał mieć tylko tyle pieniędzy, żeby zawsze móc sobie coś kupić, cokolwiek. No i musiał odkładać coś na przyjaciela, bo doskonale wiedział, że Narcyz wydaje wszystko w przeciągu tygodnia, a potem nie bardzo ma nawet co jeść. Placyda bardzo często to irytowało, ale na dłuższą metę przydawało Narcyzowi uroku, dzięki któremu obaj jakoś w miarę zamożnie funkcjonowali.
Usłyszał zgrzyt klucza w zamku i po chwili w pokoju stanął Narcyz.
- Ładny garnitur – pochwalił Placyd.
- Fajny, nie? Wydałem na niego kupę forsy, ale robi wrażenie! Opłacało się! Ty też mógłbyś od czasu do czasu wydać trochę grosza na siebie. Chociaż do fryzjera byś poszedł, a nie siedzisz tu tak i… ech…Ogolić też się nie ogoliłeś… Jeśli chcesz żebyśmy się sprzedali to musisz postarać się wyglądać chociaż odrobinkę sympatyczniej!
- Ja tu jestem od myślenia. Ty jesteś od wyglądania. I obaj doskonale wiemy, że w co byś mnie nie ubrał i tak będę wyglądał jak cham i prostak. Więc daruj.
- Ech…Z tobą to tak zawsze! A teraz się zbieraj, przedstawiłem wstępnie ten twój projekt reklamy w SYSTEMie i są cholernie zainteresowani. Umówili się z nami na trzecią, więc się rusz, to na drugim końcu miasta.
- Z nami? A na co ci ja? Przecież jak oni mnie zobaczą, to dojdą do wniosku, że sobie z nich jaja robisz i ci puszczą taką opinię, że roboty nigdzie nie znajdziemy.
- To nie jest jakaś głupia oranżada, tylko strategia, która może zrewolucjonizować całą reklamę i ze mnie jest zbyt porządny facet, żeby to wszystko przypisać sobie, kiedy to wszystko ty wymyśliłeś. Zbieraj się, ale już.
- Ja pierdole, Narcyz… Nie rozumiesz, że mnie to nie przeszkadza? Że ty jesteś po prostu moją „twarzą”? Przecież ja mam taki ryj niematrymonialny, że by mnie wywali za sam wygląd, nie? - Wyburczał, jak to miał w zwyczaju Placyd, ale zaczął się posłusznie „zbierać”. Sięgnął po skórzaną kurtkę i zaczął zawiązywać buty, równie nieatrakcyjne i nijakie jak on sam.
Tymczasem przystojny Narcyz rozglądał się po korytarzu. Z kątów i spod szafki wyglądały zbite z kurzu „koty”. Boazeria od niepamiętnych czasów nie została umyta, a pod podeszwami butów zgrzytał nigdy nie zamiatany piasek.
- Placebo, masz gdzieś jeszcze tę pilotkę? – Zapytał.
- Gdzieś pewnie mam, ale po co ci?
- Bo tak sobie pomyślałem, że byś fajnie wyglądał, pasowałaby do kurtki. Gdzie ją masz? W szafie będzie?
- Coś ty zdurniał? W pilotkę chcesz mnie ubrać? Gorzej ci? Nie dość, że mnie zaciągasz na spotkanie z klientem, to jeszcze chcesz ze mnie zrobić jakieś niewiadomo co? I to pewnie jeszcze na dodatek kobieta jest, co? Jak ty to sobie wyobrażasz? Przecież ona ucieknie na mój widok, a?
- Nie ucieknie, bo nie jesteś wcale taki straszny, jak ci się wydaje, tylko wyglądasz mało sympatycznie, bo się przed własną sympatycznością bronisz… No a ta pilotka sprawi, że będziesz trzy razy milej wyglądał… – mówił Narcyz grzebiąc w szafie.
Placyd bez słowa zaciągnął go przed niezbyt czyste lustro:
- Ty spójrz na siebie.
Narcyz nie mając zbytnio innego wyboru „spojrzał na siebie”. Zobaczył to co zwykle – wysokiego, zgrabnego dwudziestopięciolatka w drogim garniturze. Brązowe włosy nieco kręcące się na końcówkach i przez to niesforne dodawały mu uroku. Przystojna twarz sprawiała wrażanie szczerej i otwartej, a ładne ciemnogranatowe oczy patrzyły przyjacielsko. Narcyz wyglądał na kogoś, komu bez problemu można zaufać, kogoś, kto dla wszystkich jest miły i uprzejmy, kto zawsze jest skory do pomocy. Obok niego stał źle ubrany Placyd o ziemistej cerze, wrednym spojrzeniu, wykrzywionych pogardliwie wargach. Z trzydniowym zarostem i długimi szarymi włosami, które zaczesywał do tyłu, wyglądał zdecydowanie antypatycznie. A w porównaniu do Narcyza po prostu paskudnie. Właściwie najgorsze były chyba jego włosy. Nie czarne, nie brązowe, nie szpakowate, nie siwe. Po prostu szare, w ten najbrzydszy szary sposób, który zdawał się ze wszystkich sił podkreślać paskudny charakter właściciela.
- W cokolwiek byś mnie nie ubrał, to ja i tak będę przy tobie wyglądał jak gbur tak? Więc po co chcesz tej pani dyrektor, czy kim ona tam jest, psuć wyobrażenie o facetach wymyślających strategie reklamowe, co? Mnie jest dobrze ze sobą i z tym, że moje pomysły ludzie kojarzą z twoją twarzą, bo to się dobrze sprzedaje, to, że jesteś młody, przystojny i sympatyczny, tak?
- Ty też- zaczął Narcyz
- Co ja też? Przystojny jestem? Okulary sobie spraw, tak? Wyglądam, jakbym przekroczył trzydziestkę i zjadał małe dzieci na śniadanie, a? A, że jestem sympatyczny, to się tobie wydaje, bo cię w dzieciństwie prąd kopnął, tak?
- Gdybyś coś ze sobą zrobił to ludzie zauważyliby, że w gruncie rzeczy miły z ciebie facet!
- Ale ja nie chcę „czegoś ze sobą robić”, nie jesteś wstanie tego zrozumieć? Ja nie chcę okłamywać ludzi i grać przed nimi jakiegoś przemiłego, dobrego wujcia, czy chuj wie kogo, rozumiesz? Jestem wrednym facetem z wredną mordą i dobrze mi z tym, dotarło? - A ty to zaraz musisz kląć i się wściekać. I tylko burczysz coś pod nosem. Przecież ja cię do niczego nie zmuszam, pokazuję tylko jedną z dróg tak? I wkładaj tę pilotkę i jedziemy, bo nam mało czasu zostało!
level L90/XX-PR - 05
W kopercie znajdował się list – duża kartka białego papieru złożona na czworo. Identycznym pismem jak na kopercie była tam wykaligrafowana wiadomość: „Mam dla Was zadanie. To coś niecodziennego, co powinno Wam się spodobać i oczywiście nieco rozruszać. Dodatkowo powiem wam tylko tyle, że to bardzo odpowiedzialna i pilna robota, dlatego chciałbym, żebyście zjawili się jak najszybciej. Obawiam się, że względu na rangę przedsięwzięcia jakiegoś ogona, dlatego proszę – uważajcie na HaHów i skorzystajcie z poniższych współrzędnych przejść. Może wam to zająć trochę czasu, ale całość jest pilnowana przez podległych mi baroNetów, a więc całkowicie bezpieczna. WŁÓCZYKIJ” Poniżej znajdowała się lista jakichś kodów składających się z cyfr i liter, a także numery jakichś „Bram”.
Fidel spojrzał na Horacjusza:
- Co robimy? To wygląda na jakąś grę, ale wiesz, nie mam pojęcia o co może chodzić…
- A co nam szkodzi pójść za tymi wskazówkami? I tak nie mamy żadnego wyjścia. A jeśli ktoś ma dla nas jakąś robotę to może oznaczać, że nam zapłaci. A to by nam się przydało, wiesz, że jesteśmy bez grosza…
- No to idziemy, tak? – Na myśl o działaniu Fidelowi od razu poprawił się humor. Wciąż wystraszony Horacjusz daleki był od jego entuzjazmu.
loading…
- Now they all pray
Blood stains wash away
He said "lost my way"
This bloody day
Lost my way
I heard him, he said "lost my way"
This bloody day
Lost my way
All things wash away
But blood stained the sun red today – Nucił pod nosem Placyd. Śpiewanie szło mu całkiem nieźle, szczególnie o “Naburmuszonym Ronnie’m”. Ta smętna piosenka pasowała do niego, doskonale oddawał jej klimat, kiedy tak siedział z jedną ręką na kierownicy i zimnym łokciem. Miał dobry głos, może nieco zbyt schrypnięty i przez to wydawał się jeszcze bardziej antypatyczny.
Poznali się z Narcyzem w knajpie, jednym z tych wielu tłumnie odwiedzanych przez studentów klubów. Wiecznie zadymionych, najczęściej puszczających tandetną techniawę, która nic nikogo nie obchodziła, bo wszyscy byli totalnie spici. Jednak „Trynidad” i „Tobago” wyróżniały się twardo ustalonym klimatem, zasadami doboru muzyki, często wykonywanej na żywo. W jednym z nich dorabiał sobie Placyd. Siedział na scenie i śpiewał jakieś stare metalowe ballady, wszystkie kawałki smutne i dość ciężkie.
Wtedy Placyd też śpiewał „Ronnie”, a za jedyny akompaniament służyło mu kopanie we wzmacniacz w rytm melodii. Narcyz był przekonany, że to jakiś smutny bluesman, którego rzuciła żona, taki facet po trzydziestce, co żeby móc się upić na smutno musi najpierw trochę zarobić śpiewając. „Ronnie” trochę nie podpasował mu do wizerunku, ale pomyślał wtedy, że koleś śpiewa coś na zamówienie. Narcyz zapragnął poznać tego gościa. Ten facet był tak genialny w swej brzydocie i nijakości, zdawał się tak odpychający, że aż trudno było w to uwierzyć. Do tego ta ziemista cera i brudnoszare włosy opadające na twarz pokrytą kilkudniowym zarostem… Narcyz musiał wtedy nakręcić film na jakieś zaliczenie i pomyślał, że temu gościowi powierzy główna rolę. Po pierwsze facet „trzymał klimat” a po drugie nakręcenie czegoś mrocznego i ciężkiego zmyłoby opinię lalusiowatego grzecznego chłopca, jaka do niego przylgnęła ze względu na wygląd.
- I always said, somethin' wrong
With little strange Ronnie Long
Never laughed, never smiled
Talked alone for miles and miles
Gallow calls, son I say
Keep your smile, and laugh all day
Think once again, in this boring place
For little boys, how they soon change – śpiewał dalej nieznajomy podczas gdy Narcyz próbował dowiedzieć, się kim jest. Nie usłyszał nic więcej poza tym, że koleś mało mówi, nieźle śpiewa i nie chce zbyt dużo pieniędzy.
Jakże więc się zdziwił, gdy zobaczył go następnego dnia na zajęciach! Placyd faktycznie mało mówił, a jeśli już to burczał coś pod nosem. Jednak z jego wypowiedzi na temat reklamy czuło się, że ma o wiele więcej talentu niż wszyscy inni. To, oraz gburowatość, chamstwo i paskudny wyraz twarzy nie przysporzyło mu innych znajomych niż najprzystojniejszy na całej uczelni Narcyz. Od samego początku wszyscy pukali się w czoła i nie zważając na obecność Placyda pytali wprost dlaczego ktoś taki jak Narcyz zadaje się z takim towarzyskim dnem jak Placyd. Każdy słyszał wtedy, że „Placebo jest miły i ma świetne pomysły”. Tak, jak pomysłowości nikt Placydowi odmówić nie mógł, tak i nikomu się w głowie nie mieściło, jak można nazwać go miłym. Chłopak szybko zyskał sobie przezwisko „Ronnie Frown”, od piosenki, którą bez przerwy nucił oraz opinię chama i prostaka.
- Yeah, well all the green things died
When Ronnie moved to this place
He said, "Don't you dare ask why
I'm cursed to wear this face"
Now we all know why children called him Ronnie Frown
When he pulled a gun from his pocket
And they all fall down – Zajechali pod siedzibę „A&C”. Stal i szkło wielkiego budynku niknęły w chmurach. Placyd westchnął. Nie znosił takich miejsc – wydawał się w nich jeszcze bardziej antypatyczny, chamski i brudny.
Gdy weszli do przeszklonego holu Narcyz powitał siedzącą w recepcji blondynkę szerokim uśmiechem. Nie, obliczonym na podrywanie, po prostu miłym uśmiechem, jakim obdarowywał każdego. Placyd spojrzał na nią najbrudniej i najbardziej chamsko jak potrafił. Była tak ładna i idealna, że chciało mu się rzygać. Właściwie nie chodziło nawet o to, że była ładna. Po prostu była tak „zrobiona”, że chyba pracowała nad tym cały ranek. Placyd nie znosił kłamstwa, tych wszystkich chamów, którzy ubierali się w ciuszki przemiłych ludzi. Dlatego lubił Narcyza – on nikogo nie oszukiwał, po prostu był miły, tak jak Placebo po prostu był brudny i chamski.
- „Ronnie Frown”, jesteśmy umówieni – Narcyz uśmiechnął się miło.
- Ach tak…- Blondynka była chyba nieco rozkojarzona widokiem nieogolonego Placyda z idiotyczną skórzaną pilotką na głowie.
Kiedy weszli już do windy Narcyz spojrzał na przyjaciela i drapiąc się po brodzie stwierdził:
- Wiesz, Placebo… Chyba powinieneś się ogolić…
- Jak ty to sobie wyobrażasz? Człowiek z tak przepitym głosem jak ja musi być nieogolony, bo inaczej wygląda dziwacznie i budzi podejrzenia, tak? Jak ta bycz w recepcji, a?
- O rany Placebo, co ci w niej przeszkadza?
- To, że tak naprawdę jest pustą suką, a udaje jakąś słodką dzieweczkę.
- Nie udaje jej się to, no nie? Po co te stresy? A teraz uśmiechnij się ładnie do pani dyrektor…
- Chcesz ją wykończyć, tak? Po to mnie tu ściągnąłeś, tak? Najpierw ją uwiodłeś i skłoniłeś do przepisania na siebie firmy, a teraz ja mam ją załatwić tak? Nieładnie, nieładnie…
Śmiech Narcyza wypełnił wyłożony miękkim dywanem korytarz. Całość w założeniu miała sprawiać chyba wrażenie przytulnej, ale szpitalna zieleń była bardzo chybionym pomysłem. Placyd dałby tu czerwień, ewentualnie brąz. Wtedy wszystko tu wyglądałby poważniej i godniej. Ale on przecież w A&C był tylko pracującym na zlecenie „nikim”.
Narcyz poprowadził go zdecydowanym krokiem do ciemnobrązowych, ciężkich drzwi.
- Co za dalton wybierał kolorystykę? Przecież to wszystko wygląda koszmarnie – Placebo nie mógł powstrzymać się od komentarza.
- Nie dalton, tylko córka prezesa. Ukochana córka, więc powstrzymaj się od komentarzy, bo nas jeszcze na zbity pysk wywalą. – Zapukał do drzwi.
Usłyszawszy uprzejme „Proszę wejść” wkroczyli do pokoju. Stwierdzić, że był urządzony gustownie byłoby kłamstwem, jak stąd na księżyc. Placyd aż otworzył szeroko oczy – o taki brak smaku nawet siebie nie podejrzewał. Chyba chodziło o połączenie elementów nowoczesnych ze starymi. Pomysł już z samego założenia chybiony, ale to na co właśnie patrzyli było dowodem na zeza giganta, zeza monstrum, zeza monumentalnego niczym poseł Witaszek.
Tak więc w otoczeniu gładkich szarych ścian poprzecinanych dekoracjami ze stali nierdzewnej, zielonkawych szyb, powierzchni łączonych pod kątem prostym stało ogromne dębowe biurko o blacie pokrytym zielonym suknem, znów w kolorze szpitalnej zieleni. Ronnie poczuł, że robi mu się słabo.
Na bardzo nowoczesnym i zapewne zupełnie niefunkcjonalnym krześle siedziała śliczniutka sekretarka. A właściwie śliczniutka to może i była, ale zanim zafundowała sobie operację plastyczną nosa, który wyglądał jeszcze sztuczniej niż ona sama. Dziewczyna popatrzyła najpierw z zachwytem na uprzejmie uśmiechającego się Narcyza a potem zerknęła na Placyda. Jej oczy stały się jeszcze większe.
- Bu – mruknął Ronnie. Swoją drogą uważał, że pasuje do chorego wnętrza bardziej niż ona. W starych jeansach i skórzanej kurtce, której co większe przetarcia zasłaniały naszywki zespołów rockowych i idiotycznej pilotce wyglądał równie absurdalnie jak szpitala zieleń połączona z chromem i ciemno brązowym drewnem. Co zresztą wcale go nie cieszyło – jego brzydota i dziwaczny wygląd wynikały ze szczerości i niechlujstwa, a nie z braku gustu. Bo Placyd intuicyjnie wyczuwał, co się sprzeda, a co nie. Wiedział, że nie ma szans stać się atrakcyjnym towarem, więc nawet nie próbował. Tak samo też czuł, że takiej koncepcji urządzenia wnętrza nie kupiłoby nawet muzeum osobliwości.
Zanim sekretarka zdążyła dostać zawału na widok nieogolonego brudasa, który na dodatek składa jej jakieś propozycje uwagę zaprzątnął jej drugi z mężczyzn. Absolutne zaprzeczenie antypatycznego Placyda – wysoki, przystojny Narcyz wręcz promieniował uprzejmością. Jak zwykle z miłym uśmiechem przedstawił ich i zgrabnie dorzucił jakiś niekonwencjonalny komplement. Placebo szczerze wątpił, czy blondynka w ogóle go zrozumiała, ale chyba tylko jego jednego to obchodziło. Jak to Narcyz kiedyś określił? Nie ważne, co mówisz, ważne, żeby brzmiało jak komplement? Chyba tak jakoś.
- No dalej wchodzimy – Narcyz szturchnął go w ramię.
- No to ty idź pierwszy, tak? Chcesz, żeby ona oknem wyskoczyła? Ja mam zdecydowanie ryj za mało matrymonialny, żeby tak zaraz na sam początek, mnie wystawiać, tak?
W nieco bardziej znośnie urządzonym pokoju powitała ich kobieta około trzydziestki. Właściwie to powitała tylko Narcyza Ronnie’go nawet nie zauważając. Wskazała im dwa miękkie skórzane fotele, a sama zajęła miejsce po drugiej stronie szerokiego biurka. Odgarnęła z twarzy długie, idealnie gładkie brązowe włosy i dopiero teraz spojrzała na Placyda. Wyglądał, jak ktoś, kto zaniemówił. Na twarzy niemal każdej kobiety, z którą mieli do czynienia odmalowywał się ten sam wyraz. Z tym, że kiedy patrzyły na Narcyza podszyty był zachwytem, a kiedy zerkały na Placyda czymś innym i zdecydowanie mniej przyjemnym.
Ronnie spojrzał na nią najuprzejmiej jak potrafił, co wcale nie oznaczało, że sympatycznie i swoim przepitym głosem wyburczał pod nosem:
- Wiem, że w tej pilotce wyglądam, jak ostatni debil, to nie był mój pomysł, tylko jego, tak? – Ruchem głowy wskazał przyjaciela.
- Oj, daruj, Placebo! – Uciął szybko jego wypowiedź Narcyz. Bo jeśli Placyd zaczynał coś mówić nie pytany zazwyczaj był to początek długiego monologu.
Kobieta, jako że miała dość często kontakt z „reklamiarzami”, wśród których nie brakowało ludzi świeżo po studiach, którzy udawali wielce alternatywnych „artystuf”, szybko doprowadziła się do porządku i z zawodowym uśmiechem zapytała:
- Który z panów to Ronnie Frown?
- Och, żaden, to nazwa naszego, hmm… dwuosobowego zespołu – Uśmiech Narcyza nie był zawodowy. On był porostu miłym, uprzejmym, szczerym uśmiechem. Widać było, że nie jest obliczony za budzenie zaufania. – Ja jestem Narcyz Cyndźwint, a mój przyjaciel nazywa się Placyd Miłobędzki.
- Ach, no tak, trudno zdobyć o panach informacje – uśmiechnęła się przepraszająco. – Jestem nowa na tym stanowisku i jeszcze nie miałam z panami przyjemności… Ale podobno macie panowie pomysł na reklamę w SYSTEMie, tak? Z tego, co słyszałam, to może być coś rewolucyjnego. Nie ukrywam, że A&C niezwykle zależy na bliższym zapoznaniu się z tą ofertą…
- Oczywiście – Narcyz znowu się uśmiechnął. – Placyd wyjaśni wszystko lepiej ode mnie, gdyż to on wszystko wymyślił.
- Wrabiasz mnie, tak? Co ja ci takiego zrobiłem, co?
- Oj, daruj, po prostu jesteś w tym lepszy ode mnie i już.
level L20/XX-PN – 02
Ten pub, w którym wystąpił poprzedniego wieczoru spodobał się Satchmo od razu. To było jakieś tragicznie smętne miejsce, idealne, żeby utopić smutki, tak bluesowe, że bardziej się nie dało. Właścicielki nie były baroNetami, więc nie istniało żadne ryzyko, że bar jest przykrywką dla jakichś interesów, albo miejscem spotkań najemników. Takie kluby nie były spokojne, a DRUGI szukał właśnie spokoju.
Jakże więc się ucieszył, kiedy zaproponowano mu stały kontrakt! Wprawdzie pieniądze nie były zbyt duże, ale wystarczające, żeby w miarę spokojnie żyć. W realu Satchmo może trochę bardziej by się potargował, ale tu? W końcu to tylko gra! A do rozpoczęcia nowego semestru zostało mu ze dwa – trzy tygodnie, nawet nie wiedział – będzie musiał sprawdzić.
Ale to później. Teraz znów siedział w zadymionym pubie i grał na harmonijce „Spokey Dokey”. Mógłby tak przez całą wieczność.
loading…
- Większość ludzi uważa, że SYSTEM to tylko gra, rozrywka dla zakompleksionych dzieciaków. Ale SYSTEM to też ogromna rzeczywistość, w której przebywa około 50% ludności świata. Będąc w SYSTEMie te 50% jest niepodatne na żadne lajfowe, znaczy rzeczywiste, reklamy – w SYSTEMie reklamują się tylko tam założone i tylko tam działające firmy. Żadna „prawdziwa” firma nie ma tam przedstawicielstwa. A przecież to ogromna przestrzeń, do której trafiają ludzie z całego świata. Wystarczyłoby zamieścić reklamy w jednym tylko, przejściowym świece, aby gracze, którzy normalnie nie usłyszeliby nawet o jakimś przedsiębiorstwie, czy produkcie, doskonale go poznali i zechcieli kupić w rzeczywistości. Zareklamowanie się w SYSTEMie to klucz do potęgi. Jednak o wiele bardziej opłacalne jest co innego. – Placyd, kiedy zaczynał mówić o reklamie i swoich pomysłach stawał się bardzo rzeczowy i nawet zaczynał używać stwierdzeń zamiast pytań.
- Ale, skoro w SYSTEMie drzemie taki potencjał to dlaczego nikt go nie wykorzystał? – Zdziwiła się dyrektor.
- A wpadła pani wcześniej na taki pomysł? Nie. A poza tym wszystkie tego typu działania są zwalczane przez baroNetów. Trzeba by mieć naprawdę wejścia, żeby zaryzykować taką działalność.
- A ta bardziej opłacalna rzecz?
- Och, to proste – jeśli jakaś jedna firma znalazłaby sposób na zareklamowanie się w SYSTEMie inna pewnie też by się z kimś dogadała. I wtedy pomysł straciłby na innowacyjności. Natomiast jeśliby przejąć kontrolę nad reklamami w SYSTEMie, sprawa miałby się zupełnie inaczej.
- Pan sugeruje… monopol?
- Oczywiście. Monopol A&C na załatwianie reklam w SYSTEMie. To kopalnia złota.
- Ale…dlaczego panowie mi to wszystko przedstawili tak bez żadnych gwarancji z mojej strony, że wam zapłacę?
- Bo poza nami są może w całym SYSTEMie ze dwie lub trzy osoby, które są na tyle ustawione, żeby móc to zrealizować. Jesteśmy kluczowym elementem potrzebnym do realizacji tego pomysłu. Poza tym – to, co pani powiedziałem to zaledwie zarys – nie powiedziałem nic o sposobie na realizację założeń itp. – Placyd zaprezentował jeden ze swoich uśmiechów. Jakby się nie starał one i tak były podłe.
- Wiecie panowie, że sama nie mogę podjąć żadnej decyzji w tej sprawie, prawda? To zapewne byłaby kosztowna inwestycja, podejmowanie tak ważnych decyzji leży w kompetencjach Rady. Całość postępowania byłby jednak znacznie przyspieszona, jeśli podaliby panowie dokładne koszty – mogę liczyć na takie wyliczenia, z panów strony?
- Oczywiście – Narcyz podsunął jej porządnie wyglądającą teczkę.
- Sporo tego – mruknęła przerzucając ją pobieżnie. – A panów warunki?
- Jakaś godziwa pensyjka. I tu i w SYSEMie, skoro mamy dla was pracować i tu i tu. Wszystkie szczegóły są w tych papierach.
level IIWS-PN – 02
Narcyz wybierał jabłka. Dla siebie wziął to krwistoczerwone. Większy kłopot stanowiło dla niego wybranie czegoś dla Placyda. Ronnie uwielbiał te wielkie idealnie zielone afrykańskie. Jednak znalezienie wystarczająco twardego zajmowało mu sporo czasu, gdyż większość owoców była już lekko żółtawa, co oznaczało, że będą słodkie i kruche, a takich Placebo nie znosił.
Placyd tymczasem zajmował im miejsce w kolejce do Bramy. Było to jedno z niewielu przejść, gdzie stawki na wszystkie światy były jednej wysokości, a HaHowie nie zjawiali się częściej niż raz na pół roku, podczas gdy inne przejścia były regularnie kontrolowane. Tak więc chętnych do skorzystania było wielu. Jednak Placyd, jak to Placyd stał w kolejce z wrodzonym entuzjazmem – opierał się o najbliższą ścianę i spod ronda kapelusza obserwował z wolna przesuwający się sznureczek ludzi. Od czasu do czasu zerkał też na zagadanego ze straganiarką Narcyza.
Westchnął ciężko. Zdążyli się trochę umyć, ale ich ubrania były wciąż ubłocone. Zazwyczaj Placyda nic to nie obchodziło, ale błoto niezbyt współgrało z prochowcem i kapeluszem – bohaterowie starych kryminałów nigdy nie bywali ubłoceni. Albo na czarno-białych taśmach marnej jakości nie było tego widać.
Kolejka wciąż stała w miejscu i nic nie wskazywało, żeby kiedykolwiek miała się ruszyć. Natomiast Narcyz nadal wybierał jabłka. Z zamyślonym wyrazem przystojnej twarzy drapał się po świeżo ogolonym podbródku. Obejmował go kciukiem i palcem wskazującym lewej ręki. Przesuwał paznokciem po skórze tak, że wydawał wtedy odgłos, który Placydowi kojarzył się z dźwiękiem, jaki wydaje dyskietka. Właściwie te dwa odgłosy były zupełnie od siebie różne, ale skojarzenia Ronnie’go zawsze chodziły własnymi ścieżkami.
Mężczyzna westchnął i sięgnął po paczkę papierosów – kolejny nadający mu „smaczku” rekwizyt. Zapalniczkę wyjął z drugiej kieszeni prochowca. Przypadkiem nacisnął umieszczony u jej podstawy guziczek. Srebrny przedmiot rozbłysnął niebieskawym światłem. Co za idiota wpadł na pomysł montowania w zapalniczce czegoś na kształt latarki?! Na chuj to komu?!, frustrował się Placyd. To tak głupie, że mogli to wymyślić tylko Niemcy! Choć z drugiej strony zwiększało to sprzedaż i po chwili Placyd doszedł do wniosku, że to nie mogli być Niemcy. Że to był on sam, we własnej antypatycznej osobie. Wrodzony fatalizm kazał mu podejrzewać, że podejrzanie szybko znikający z zapalniczek gaz, to też jego wymysł.
Pstryk, pstryk, pstryk… nic, tylko iskry. Coś drgnęło na twarzy najemnika. Zazwyczaj sprawiał wrażenie osoby, którą wkurza, absolutnie wszystko. Ale tak naprawdę do szewskiej pasji doprowadzało go tylko jedno – kiedy padał ofiarą własnych chwytów marketingowych. Dyszał żądzą mordu, kiedy łapał się na kupowaniu jakiegoś świństwa, którego kampanię sam wymyślił. Rozrywałby na strzępy pluszowe misie, gdy „super mega nie wypisujący się długopis” kończył żywot po zapisaniu trzech stron. Zapalniczki, które nie działały właśnie wtedy, kiedy trzeba, a mające chorobliwą skłonność do wybuchania doprowadzały go do furii. A nawet nie one. Bardziej świadomość, że stworzył kampanię reklamową tak dobrą, że działała nawet na niego, człowieka, który wiedział wszystko o tych śmieciach. Ale bardziej wkurzały Placyda inne rzeczy: trujące „jogurty” i ludzie wpychający mu się w kolejkę. Do tego dochodzili jeszcze „intelektualiści” i „przystojniaki”. Właśnie jeden „intelektualista” wraz z „przystojniakiem” wpychali się na miejsce najemników w ogonku.
Miłobędzki bywał naprawdę miłym facetem. Ale na pewno nie wtedy, kiedy cały świat uparł się, żeby go wkurzyć. Ruszył w stronę rozgadanych, ale nieco wystraszonych chłopaków.
- To moje miejsce, a? – Wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Nie, wcale tu nie stałeś! – Zaoponował „przystojniak”.
- A chcesz się, kurna, przekonać, że tak? – Warknął najemnik.
Poczuwszy na swoim brzuchu nacisk pistoletowej lufy „intelektualista” nerwowo przełknął ślinę:
- Eee… Fidel? Obawiam się, że on faktycznie tu stał.
- O czym ty Horhe- Teraz „przystojniak” zobaczył broń i jakby resztki jego buty poszły na piwo.
- Chwila! – Zapadłą z nagła nerwową ciszę – ze strony Ronnie’go było to „wymowne milczenie” – przerwał Narcyz. Zobaczywszy całe zamieszanie pospieszył zapobiec jakiejś ostrzejszej awanturze z Placydem w roli głównej. – Placebo, chowaj broń, gorzej ci? A wy co? Nic wam się nie stało? Przepraszam za mojego przyjaciela, jest trochę nerwowy… mieliśmy ciężkie dwa tygodnie na froncie, deszcz, błoto i na dodatek francusko-niemiecka armia… To tak żałosne, że nawet nie śmieszne. No! Ale wszystko już w porządku, prawda?
Fidelis i Horacjusz powoli skinęli głowami. Chyba nic im już nie groziło, ale na wszelki wypadek postanowili nie wykonywać gwałtownych ruchów.
- A to, co, kurna… - mruknął Placyd sięgając bezceremonialnie do kieszeni kurtki Fidela. W jego ręce znalazł się list ozdobiony kaligraficznym pismem WŁÓCZYKIJA – „Narcyz i Placyd, Najemnicy z L20/XX-PN”. Koperta była mało subtelnie rozerwana i lekko pognieciona.
- Jak jeszcze zaczną nam wciskać kit, że są posłańcami, to ich wypatroszę, tak? – W skrzywionych wargach Placyda groźba zabrzmiała podejrzanie dosłownie.
- No, bo Narcyz i Placyd, to my – dopowiedział usłużnie Narcyz.
- Nie, nie jesteśmy posłańcami, po prostu ktoś nam dał ten list, a my nie bardzo wiedzieliśmy o co chodzi, no i postanowiliśmy pójść do tego… jak mu tam… Włóczykija, żeby się połapać o co w ogóle chodzi z tym wszystkim i – próbował wytłumaczyć Horhe.
- A, nowi w SYSTEMie? – Rozpromienił się Narcyz. Zawsze, kiedy spotykali nowicjuszy czuł jakąś nutkę nostalgii – pomyśleć, że i oni byli kiedyś takimi zupełnie nie opierzonymi debiutantami! Placyda natomiast „nowi” nieprzeciętnie irytowali. Wpieprzali się we wszystko niszcząc nawet najsubtelniejszy plan, fartem zgarniali przeznaczone dla kogo innego pieniądze, plątali się pod nogami i nie raz trzeba było ratować im wirtualny tyłek. Narcyz jednak dostrzegał całkowicie nie widoczne dla Ronnie’go pozytywne strony i właśnie tłumaczył dzieciakom, gdzie mogą znaleźć podręczniki SYSTEMu.
level M/ARC-PN - 01
Placyd parsknął. A właściwie wydał z siebie odgłos pośredni między parsknięciem i kaszlnięciem. Całą duszą nie znosił ARKADII. Już wolał te wszystkie rzeczywiste światy. Dlaczego Ronnie nie znosił SYSTEMowego raju? Bo było w nim ciepło, trwało w nim nieustające lato, którego nie znosił – nie mogąc nosić prochowca i kapelusza czuł się paskudnie. Do tego ta otaczająca, wręcz osaczająca ze wszystkich stron słodycz, ta urokliwość zakątków…
- Juechhhh…- skrzywił się. – Dlaczego WŁÓCZYKIJ nie może sobie znaleźć jakiegoś przyjemniejszego miejsca? Tu jest obrzydliwie, tak?!
- Wręcz przeciwnie tu jest milusio i uroczo…- Zaoponował Narcyz. Wprawdzie nie przepadał na takimi miejscami, ale bynajmniej nie żywił do nich żadnej antypatii. Po prostu ich nie lubił. Nic osobistego.
- No a o czym ja do ciebie rozmawiam? – Wyburczał Placyd.
- Rany, Placebo, załatwiamy tę sprawę z WŁÓCZYKIJEM i spadamy do jakiegoś sympatycznego miejsca – co powiesz na kilkudniowy urlop w latach dwudziestych? Tylko wiesz, tam prawie bez przerwy pada.
- Hahaha, no śmieszne jak cholera! – Burknął Ronnie.
- Tak tu sobie burczysz, ale się uśmiechnąłeś!
- Wcale nie!
- A właśnie, że tak! Nie masz kapelusza i wszystko widać! – Rozchichotał się Narcyz.
- Stary, ile ty masz lat, żeby się tak zachowywać? To te kwiatki tak na ciebie działają, tak? Chodź, idziemy zobaczyć o co chodzi i spadamy stąd do jakiegoś ponurego miejsca pełnego slumsów, co?
- Jasne! – Entuzjastycznie zgodził się Narcyz.
Jak zwykle jednak w takich sytuacjach entuzjazm na nic im się nie zdał – WŁÓCZYKIJ nie miał żadnej stałej siedziby i mógł być gdziekolwiek. Po kilku godzinach, podczas których zdążyli zdjąć z siebie większość garderoby nadal nie mieli pojęcia gdzie go szukać.
- I właśnie za to go kurna nienawidzę! – Warknął Placyd.
- I właśnie dlatego ci kurna przyznam rację! – Zdyszany i przepocony Narcyz wcale nie wyglądał aż tak sympatycznie, jak zazwyczaj. Był wstanie znieść bardzo wiele i z natury był sympatyczny nawet dla ludzi, którzy go wkurzali. Ale WŁÓCZYKIJ już dawno, jak to się mówi, „przegiął pałę”. Jego popieprzone poczucie humoru nigdy nie śmieszyło nikogo poza nim samym (i KWASIWĄSEM, ale on jest dziwny…), a wszystkich bez wyjątku doprowadzało do histerii. Ot chociażby ten list – jakby zaraz miał się SYSTEM skończyć, a zapewne chodziło o przyniesienie mu koszyczka truskawek z jakiegoś rzeczywistego świata. Do tego WŁÓCZYKIJ cierpiał na manię prześladowczą i wpadał w histerię na widok krzyża.
- Dobra! Idziemy pod najbliższe drzewo i czekamy na niego! Jak się nie pojawi za godzinę, to spierdalamy stąd i mam w dupie, czy mnie za to zbanuje czy nie! – Wrzasnął w kierunku bezchmurnego nieba Narcyz.
Zwalili się na soczyście zieloną trawę pod rozłożystym dębem. W cieniu było równie gorąco jak na otwartej przestrzeni, jedyną różnicą był fakt, że tu nie dosięgały ich rażące promienie słońca. Dysząc ciężko od czasu do czasu bluzgali coś pod niesprecyzowanym adresem.
- Jakbym się chciał usmażyć, to bym wlazł na patelnię!!! – Oznajmił z niejaką desperacją Placyd.
- Serio? – Gdzieś z prażonego przez niemiłosierne słońce świata dobiegło ich pytanie zadane głosem jeszcze milszym od głosu Narcyza. Tak mogła mówić tylko jedna istota w SYSTEMie – baroNet zwany WŁÓCZYKIJEM.
Spod nadgryzionego przez myszy zielonego kapelusza spoglądała na nich para łagodnych, przepełnionych dobrem brązowych oczu. Narcyzowi, gdy w nie patrzył zawsze przypominała się gibsonowska „Pasja”. Wydawało się niewiarygodne, że ktoś o takich oczach może być taką złośliwą świnią.
Najemnicy zebrali się z ziemi, przy czym Placyd zrobił to tak ostentacyjnie, jak tylko się dało. WŁÓCZYKIJ zlustrował ich dokładnie. Narcyz, zdążył już ochłonąć z gniewu i znów był miłym i sympatycznym młodzieńcem. Natomiast naburmuszony Placyd w samych li tylko podwiniętych spodniach wyglądał jak jakaś złośliwa i wybitnie nieudana parodia dziesięcioletniego grzecznego chłopca.
- Dać ci kapelusik z piórkiem i wyglądałbyś na Bawarczyka! – Uśmiechnął się baroNet.
- Dać ci kurna w mordę to może znormalniejesz! – Warknął Ronnie przez zęby.
- Och, a ty zawsze taki niesympatyczny! Dlaczego nie możesz być miły? Dobro jest najwyższą wartością, a ty je, podkuszony przez zło odrzucasz! Opamiętaj się, wiesz przecież, że Bóg kocha nawet największych grzeszników…
- Lepiej powiedz o co chodziło z tym listem – przerwał mu Narcyz. Zrobił to tak uprzejmie i naturalnie, że chyba nawet WŁÓCZYKIJ nie byłby wstanie zrobić tego lepiej.
- Och… list… tak, to bardzo ważna sprawa, rzec by można SYSTEMowej wagi. Albowiem zaprawdę powiadam wam – w tym momencie Placyd westchnął znacząco – od powodzenia waszej misji zależeć może los całego SYSTEMu!
- A powiesz nam, co mamy zrobić, a?
- Musicie znaleźć i zabić tego gracza – pokazał im fotografię. Przedstawiała zwyczajnie wyglądającego dwudziestoparolatka – długie włosy, jakaś bródka, ot takie standardowe metalowe chuchro… – Koleś pląta się po klubach, gra na gitarze i harmonijce. To właściwie wszystko, co powinniście wiedzieć.
- To wszystko? Mamy go zabić? I nic więcej? Znaczy, nic więcej nam nie powiesz? Nie ma mowy, tak? Wplączesz nas w jakąś cholerną aferę i co?
- Hus maj niga? – Zapytał ni stąd ni zowąd WŁÓCZYKIJ.
- Placyd ma rację – nie będziemy się pakować, w coś, co-
- HUS MAJ NIGA?!
- Ale-
- HUS MAJ NIGA?!?!
- We… - jęknęli najemnicy, obaj jak najbardziej biali.
- Nie słyszałem…!
- We! We are your niggers!
loading…
Placyd postanowił, że zrobi jaki taki porządek w domu. Wszechobecny bałagan zaczynał go denerwować – bo wbrew pozorom Ronnie uwielbiał porządek, a jego największym marzeniem było wyglądać czysto i porządnie i – mieć poukładane na biurku. Jednak złośliwa matka natura do tych niewątpliwie pozytywnych cech dorzuciła Miłobędzkiemu lenistwo, niechlujstwo i zradykalizowaną do granic szczerość. Placyd, mimo iż chciałby być miłym facetem nic mu z tego nie wychodziło, więc, w imię swej radykalnej szczerości, zachowywał się jak cham i prostak. Na dodatek wychodził na brudasa. Tak więc postanowił posprzątać w domu. Przez wrodzone lenistwo jednak po piętnastu minutach się zniechęcił. Ale – miał zwyczaj doprowadzania wszystkiego do końca.
Zniechęcony do granic, śpiący i głodny stał po środku zagraconego pokoju i zastanawiał się, od czego zacząć. Czy najpilniej potrzebowały zmian stosy wszelkiej maści papierów powpychanych byle jak na półki, czy też może piętrzące się w kącie ubrania – przemieszane czyste z brudnymi. A może pajęczyny pod sufitem? Albo nie zamiatana od wieków podłoga? Zdecydował się na ubrania – miał dość porannego grzebania w ogromnym stosie po to tylko, żeby znaleźć dwie identyczne skarpetki i dojść do wniosku, że mogą same stać, albo, co gorsza zaczynają uciekać.
- Pierdolony Mount Everest – mruknął zagłębiając dłonie w stercie przepoconych koszulek. Uporał się z nią dość szybko – w końcu miał w tym niejakie doświadczenie – co rano przerzucał go w poszukiwaniu jakichś w miarę znośnych ciuchów, z czego musiały one być „w miarę znośne” dla Narcyza, bo Ronnie’mu i tak było wszystko jedno. Teraz miał zamiar zabrać się za regał zawalony papierami i przykryty kilkucentymetrową warstwą kurzu. Ogrom zadania jednak nieco go przerósł – świadomość, że kiedy już zrzuci wszystko na podłogę nie będzie odwrotu nie kusiła do zdecydowanych działań. Poszedł więc do kuchni coś zjeść.
Od kurzu Placyda bolała głowa – w takich przypadkach pierwszą instancją była gorąca herbata. Jednak ta zaparzona przed sprzątaniem wystygła a na jej powierzchni pływał jakiś podejrzany osad. Resztki „radości życia” wyparowywały z i tak sfrustrowanego mężczyzny. Wiedziony chyba masochizmem zajrzał do lodówki. Była pełna. Z tym, że jednocześnie nie było tam nic, co nadawałoby się do jedzenia – a konkretnie nie było w niej żółtego sera podstawowego składnika placydowej diety.
- Nawet, kurna, nie ma co jeść – już niemal wywarczał. Cóż jego ulubionym poprawiaczem humoru było jedzenie. Dużo jedzenia i dobra książka. – Życie jest kurna w chuj okrutne!
***
Narcyz stał na balkonie i palił papierosa. Z miłym uśmiechem obserwował życie ekskluzywnego willowego osiedla. Cisza, spokój – uroczy poranek. Sąsiadka z naprzeciwka pomachała mu ręką. Odwzajemnił uprzejmość z szerokim uśmiechem, ale i westchnął pod nosem. Ta kobieta wiedziała, że on bardzo lubi swój balkon, dlatego opalała się nawet w środku zimy. Nago. A do tego gdy tylko mieli okazje porozmawiać zachęcała go do tego samego. Nie zrażałby się do niej, bo właściwie była bardzo ładna no i miła, ale miała podejrzany zwyczaj chodzenia w lateksie i czynienia bardzo dziwnych aluzji, w których duża rolę odgrywały pejcze. Poza tym uważała, że Placyd i Narcyz są parą i że jest to „urocze”, co jednak nie hamowało jej prób „nawrócenia” Narcyza na kobiety. Cyndźwintowi niezbyt się to podobało. Po pierwsze nie był gejem. Po drugie… Placyd, jak by na niego nie pojrzeć był dość specyficzny, no i…wprawdzie uważał to za szczyt chamstwa, ale czuł się nieco urażony pomysłem, że mógłby być z Ronnie’m. Do tego sado-masochistka to nie był typ kobiety, jaki mu odpowiadał. W szczególności, jeśli znana ona była w SYSTEMowym BORDELLO jak Sara Whiplash.
Skończył palić papierosa i wszedł do pokoju. Było tu przestronnie, ale i na swój sposób przytulnie. Cały dom miał swój styl, ale z niczym się nie narzucał. W żadnym wypadku nie przytłaczał gościa – każdy mógł się tu czuć jak u siebie. Wszystko tu jakby starało się dorównać sympatycznością właścicielowi. Wbrew pozorom jednak wystrój wnętrz zaprojektował wszechstronnie utalentowany Placyd. Czasami Narcyz mu zazdrościł – on sam był tylko przeciętniakiem. Owszem miewał świetne pomysły, ale dopiero po obróbce Ronnie’go stawały się one genialne. Z drugiej strony jednak Narcyz miał coś, na czym Miłobędzkiemu nie zbywało – niespożyte pokłady uroku osobistego. Bycie miłym dla innych było dla niego stanem naturalnym, nigdy nikomu nie wydał się sztuczny, czy fałszywy. Zawsze sobie o tym przypominał, kiedy dopadała go jakaś lekka chandra. Cóż, stanowili z Placydem świetny zespół – gdyby nie pomysły Placyda Narcyz byłby reklamiarskim przeciętniakiem, a gdyby nie urok osobisty Narcyza Placyd nie zyskałby niczego poza opinią chama i odludka, który może i ma czasami świetne pomysły, ale nie da się z nim współpracować. A tak „Ronnie Frown” pojawiała się od czasu do czasu na rynku z nowym rewelacyjnym pomysłem i sprzedawała go z ogromnym zyskiem. Dzięki temu mogli spokojnie poświęcać większość czasu na SYSTEM.
Gdy pierwszy raz Narcyz trafił nań w Sieci uznał, że to może być coś ciekawego. Było to zupełnie na początku funkcjonowania SYSTEMu, niemal przed dwoma laty. Wtedy jeszcze nikt tak naprawdę nie wiedział „o co loto”. Powoli jednak informacje przeciekały i coraz większa rzesza ludzi z całego świata się rejestrowała. Ale użytkownicy „Placyd” i „Narcyz” byli jednymi z pierwszych. Początkowo traktowali to jak zwykłego RPGa, ale zaczęli się coraz bardziej „wkręcać”. Przez pierwszy miesiąc wchodzi na dwie, trzy godziny, ale potem SYSTEM zaczął zajmować im coraz więcej czasu. Osiąganie coraz większych zysków i stanowisk stało się sprawą ambicji. W szczególności, że zasady funkcjonowania SYSTEMu tak bardzo przypominają prawdziwe życie! Nie ma żadnych klas pancerza, żadnych poziomów – o nie, trenujesz i zdobywasz nowe umiejętności tak jak w prawdziwym świecie. Masz tylko jedno „życie” i jeśli zginiesz – twoja postać zostaje wymazana. Ty możesz grać dalej – ale zaczynasz od początku. Nawet wyglądu postaci, z przyzwyczajenia nazywanego przez graczy „avatarem”, nie można było sobie wybrać dowolnego. Powstawał on na podstawie prawdziwego wyglądu gracza, który mógł go zmodyfikować na różne sposoby, ale jednak wciąż przypominał siebie. Dodanie sobie centymetrów, odjęcie kilku kilo – to modyfikacje na porządku dziennym. Inni pozbawiali się blizn, lub skaz, jeszcze inni nieco odmładzali lub dodawali sobie urody.
Narcyzowi nie było to potrzebne, a Placyd uważał takie działania za objaw jakichś kompleksów, więc wyglądali w SYSTEMie tak jak w lajfie, z tym, że i tak nikt im w to nie wierzył.
Zadzwonił telefon. To na niego od rana czekał Cyndźwint. Odczekał dwa dzwonki – tyle, żeby rozmówca nie poczuł się zignorowany, ale i tyle, żeby nie wyszło, że Narcyz nic nie robi tylko czai się przy telefonie.


0 komentarze:
Prześlij komentarz